RSS
czwartek, 12 czerwca 2008
_

Dziękuję wszystkim za życzenia. Relacja wkrótce. Zdjęcia nieco później.

15:51, pabaisa
Link Komentarze (9) »
środa, 21 maja 2008
No to wychodzę. Za mąż
Chyba pora zmienić nastroje na tym blogu z kryminalnych na matrymonialne. Za trzy dni ślub.
Co prawda mieliśmy się pobierać w maju, a jeśli wierzyć prognozom pogody, będzie listopad. Nie powiem, że przyjmuję ten fakt stoicko, ale wmawiam sobie, że grunt, to pogoda...ducha.
Przygotowania poczynione, pozostały same drobiazgi. Wszystko zorganizowaliśmy sami i nie było to wcale stresujące. Rodzice, którzy miejsce przyjęcia zobaczyli tydzień temu, a pozostałych rzeczy (np. naszych strojów) nie widzieli dotychczas, nasz stoicki spokój odbierali pewnie jak ignorancję albo całkowitą nieporadność. Czasem w dobrej wierze zadawali rozczulająco niepotrzebne pytania, np. czy ktoś bedzie fotografować całe to przedsięwzięcie. Przy tym byli jednak cudownie tolerancyjni, dyskretni i dyplomatyczni. Nie wtrącali się, nie regulowali, a jeśli już wyrażali swoje zdanie, to po uprzednim dziesięciokrotnym zapewnieniu, że i tak zrobimy, jak chcemy. Dzięki temu przygotowania przebiegały w naprawdę zdrowej, a nawet miłej atmosferze. Dziwią mnie opowieści, że ktoś się nabiegał, nadenerwował szykując swoje wesele. U nas będzie impreza na 80 osób. Brzmi nieprawdopodobnie, ale to tylko bliska rodzina i przyjaciele. Żadnej dziesiątej wody po kisielu. Tylko i wyłącznie ci, których chcieliśmy widzieć. Tak więc przyjęcie dla tego zacnego towarzystwa, oraz cała oprawa ślubu - uważam, że wszystko dopięliśmy na ostatni guzik. Działaliśmy w prosty sposób - kiedy nudziłam się w pracy, przeczesywałam internet w poszukiwaniu informacji. Znajdowałam potrzebną rzecz lub usługę. Na forach robiłam resercz, sprawdzałam referencje. Potem telefon, spotkanie, i kolejny punkt odhaczony.
Świrować zaczęłam przed jakimiś dwoma tygodniami, i był to świr bardzo niekonstruktywny. Niestety należę do osób, które mają trudności z wyborem. Jeśli mam więcej niż jedną opcję, przejdę katusze, dogłębnie roztrząsając plusy i minusy każdej, dokonując analizy SWOT (skrzywienie zawodowe), ciągle targana wątpliwościami, a i tak wielce prawdopodobne, że po dokonaniu wyboru pomyślę - a może jednak tamto drugie było lepsze? I tego rodzaju bzik mnie dopadł - a może nie taka sukienka, nie taki garnitur, a czemu kupiliśmy akurat takie obrączki...Jedyną rzeczą, co do której nie miałam wątpliwości, była kandydatura męża. Dzięki niemu weltszmerce szybko minęły i teraz wiem, że wszystko mamy najlepsze, bo nasze.
Może jestem zimną suką, wypłukaną z sentymĘtów, ale nie emocjonuję się specjalnie tym ślubem. To znaczy owszem, ostatnio nie mogę zasnąć z podekscytowania, wyobrażam sobie, jak to będzie, ale dotyczy to formy, nie treści. Sama decyzja i krok są dla mnie po prostu naturalne. Oczywiście, z braku doświadczenia być może na różne rzeczy patrzę inaczej, niż kobieta np. czterdziestoletnia, i dla niej moje podejście wydało by się naiwne. Od moich znajomych dojrzałych pań słyszałam gratulacje z lekką domieszką współczucia :) Pewnie wiedzą coś, czego ja jeszcze nie wiem. Ale nie boję się. Jesteśmy z R. razem od pięciu lat. Wyobrażam sobie, że wszystko może się grzmotnąć bardzo niespodziewanie. Ale przy podjęciu tej decyzji nie brałam pod uwagę tego, co być może mogłoby się stać kiedyś za sto lat. Myślałam o tym, co jest teraz.
Jest przy mnie wspaniały człowiek. Przyjaciel, ukochany, partner, autorytet, kochanek, kumpel (kolejność przypadkowa). Ktoś, kogo kocham, komu wierzę, kogo szanuję. I to jest dopiero początek naszej podróży.

22:07, pabaisa
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 11 lutego 2008
Łatwo poszło

W piątek okradziono mieszkanie moich rodziców. Podstawowym łupem padł mój stary panieński komputer, machina, która po odpaleniu sapała, stękała i warczała (uciszała się tylko po solidnym kopnięciu), miała nieprawdopodnie zagracony twardy dysk, i w ogóle działała tylko siłą woli. Ośmioletni komputer, wartośc muzealna. Dla mnie skarb, w którym w ciągu ośmiu lat zgromadziłam setki zdjęć, dziesiątki albumów muzycznych, złotą kolekcję „Friends’ów”, wszystkie artykuły i inne teksty, które kiedykolwiek wyszły spod moich palców, albo były mi potrzebne do pracy.

Do straty dokumentacji ośmiu lat życia podchodzę filozoficznie. Nie trzeba przywiązywać się do rzeczy, nawet jeśli to niezupełnie rzeczy, a wspomnienia. Zaczynam od nowa, z białej kartki. Otrzepałam się i idę dalej, wymachując rękami, bo nie muszę dźwigać żadnych tek ani folderów.

Cios amortyzuje fakt, że już pół roku nie korzystałam z tamtego komputera, bo w nowym mieszkaniu mam inny, nie swój co prawda, bo to laptop R. W ciągu pół roku właściwie ani razu nie potrzebowałam niczego ze starego kompa. Wystarczyła świadomość, że to wszystko jest.

Wiem, że należało archiwować dane, kopiować je na płyty, dodatkowe twarde dyski czy klucze USB. Zwłaszcza, że staruszek w każdej chwili mógł paść śmiercią naturalną. Nie zrobiłam tego, nauczka jest dotkliwa, mimo to wątpię, abym w pszyszłości zaczęła kopiować komputerowe dokumenty.

R. zapalił się, żeby kupić mi, jako ofierze, nowy komputer, z ogromną pamięcią i nieograniczonymi możliwościami. No przecież nie będę protestować.

A tak w ogóle, jakbym gdzieś spotkała tych gagatków, co buszowali po moim dawnym pokoiku, to...pif, i paf.

14:25, pabaisa
Link Komentarze (5) »
piątek, 04 stycznia 2008
Bez wykonywania gwałtownych ruchów

Nowy Rok przyszedł wśród szelestu długich spódnic, pobrzękiwania cekinów, połyskiwania sztucznego złota, tryskających energią temperamentnych cygańskich tańców – przytupów, poklaskiwań, zamiatania biodrami...Były pradziwe bałkańskie melodie grane na prawdziwej trąbce przez pradziwego Serba, był salon wróżb i Prorok Wielkie Ucho (domyślacie się, gdzie urządzono salonik?), był flirt, zmęczenie, muzyka niemilknąca, dużo dużo rozmów, śmiechu i życzeń.

Dobrego historycznego roku życzyliśmy sobie z R., bo przecież niektóre daty trafią do kronik. Naszych prywatnych oczywiście.

O północy nie miałam życzenia, i tak mi się spełnia wszystko, o czym pomyślę, i o czym nawet nie marzę. Kiedyś wydawało mi się, że jestem w czepku urodzona, teraz myślę, że nie mam więcej niż inni, tylko potrafię się tym bardziej cieszyć.

Wtorek wypadł z życiorysu, nawet przed gośćmi się zabarykadowaliśmy i odsypialiśmy przed telewizorem. We środę miasto jeszcze takie pustawe i spokojne, wracało do życia bez wykonywania gwałtownych ruchów.

.....

A teraz, choć na horyzoncie tylko praca, i tak czuję się jakoś świątecznie. Może to ten śnieg, mrozik i słońce prosto w okna, puste biuro, zapach kawy i pierniczki imbirowe w szufladzie?

I ludzie jacyś wyluzowani, nigdzie się nie śpieszą, szczęśliwi. Wczoraj jedna pani drugiej pani w autobusie mówiła: - "Jak dobrze, jak spokojnie, cicho...Przed świętami codziennie wracając z pracy myślałam, co jeszcze dokupić, co jeszcze zrobić, czego jeszcze brakuje? A teraz taki błogi spokój...".

.....

R. nie czyta bloga, ale ostatnio powiedział, że zajrzał, a ja nie wiadomo czemu się zawstydziłam. Czyżbym zmieszała się na myśl, że on inaczej wszystko postrzega, a moja  wersja nas jest zbyt reprezentacyjna?

12:29, pabaisa
Link Komentarze (4) »
niedziela, 23 grudnia 2007
Niezgodnie z planem
Miałam wiele wyobrażeń na temat pierwszych naszych naprawdę wspólnych świąt. Nie rozważyłam tylko możliwości, że R. złapie paskudnego wirusa, i co prawda starczy mu jeszcze sił na bohaterski maraton po sklepach, ale natychmiast po powrocie do domu dostanie takiej telepki i gorączki, że zlegnie na płask. Takim to sposobem choinka stoi w kącie nie ubrana i trochę przekrzywiona, na środku mieszkania walają się zabawki, lampki i niezapakowane prezenty, a ja, zamiast przyrządzać grzane wino, mieszam mikstury.
Jestem twarda i takie tam drobiazgi mnie z równowagi nie wyprowadzą. Mam kolejny plan - choróbsko zdusić w zarodku.


Tymczasem moi Kochani życzę Wam
Niespodzianek tylko miłych,
Niepraktycznych prezentów, ktore wywołają uśmiech,
Wylegiwania się leniwego i rozkosznego kontemplowania smaków i zapachów,
...po prostu wesołych, spokojnych, beztroskich Świąt!
21:19, pabaisa
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 26 listopada 2007
Co to za owieczka

Słodko sobie spałam, gdy poczułam lekkie poszturchiwanie. Przewróciłam się na drugi bok – R. siedział na łóżku i gapił się na mnie ze zdziwieniem ( o ile mogłam dostrzec w ciemności).

- Co? – zapytałam lakonicznie.

- Myślałem, co to za owieczka obok leży – odparł enigmatycznie i natychmiast zasnął.

Rano wypierał się tych inwektyw pod moim adresem.

...

Nieodmiennie od kilku lat nie jest mnie w stanie zirytować przedwczesna świąteczna gorączka. W tym roku zwłaszcza. Podczas każdych zakupów oglądam zabawki, świecidełka, kiczowatych aniołków i pretensjonalnych mikołajów, i planuję, jak będzie wyglądać nasza pierwsza wspólna choinka. Mam też ambitne plany upieczenia ciastek imbirowych i obmyśliłam już prezenty dla wszystkich bliskich.

...

Ostatnio prowadzimy życie stateczne i nudne, z pracy w te pędy do domu, obiado –kolacyjka (wiąż radzę sobie bez mrożonek), a potem książka, film, komputer, telewizor...Tak, tę skrzynkę do wytrzeszczania oczu też posiadamy, i rozkładamy się przy niej moralnie. Ja oglądam regularnie komedyjny serial „Klan”, R. jeszcze nie padł tak nisko, w jego rankingach przoduje Discovery Channel. Ach, i tak mi z tym dobrze, nic a nic nie przejmuję się tym, że w kinie ostatnio byliśmy z miesiąc temu, a niedawna próba pójścia do teatru skończyła się fiaskiem – R. utknął w nieludzkim korku i spóźnił się 10 minut, nie starczyło nam tupetu, by przepychać się do swoich miejsc, gdy spektakl już się zaczął. W dodatku, R. zapomniał telefonu w domu, co mu się praktycznie nigdy nie zdarza, a ja przyjechałam pod teatr prosto z pracy, i w ciągu tych kilku minut jego spóźnienia i długich sygnałów w słuchawce zdążyłam sobie wyimaginować tak różnorodne scenariusze, że w sumie już nie potrzebowałam wytworów cudzej wyobraźni pod postacią sztuki teatralnej. Tym niemniej, w najbliższych planach mamy dwa przedstawienia, i zamierzamy być na miejscu pół godziny wcześniej.

...

Myślę o nowym płaszczu na zimę, kątem oka obserwuję trendy (nie, żebym chciała nadążać). Gdzie niegdzie uchował się hit zeszłego sezonu – ni to żakiecik, ni tunika w formie trapezu, z szerokimi rękawami na ¾. Najfajniejsze, że większość elegantek nosi do tego krótkie rękawiczki, albo wcale, i przyprawia mnie o dreszcze widokiem swoich dobrze zamrożonych rączek w odcieniu głębokiego fioletu.

 

 

 

 

 

11:57, pabaisa
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 29 października 2007
Update

Ostatnio spotkaliśmy się z fotografem weselnym.

- Jeśli mógłbym coś doradzić, to zachęcam do założenia welonu. To jedyna taka okazja w życiu, za drugim razem już raczej nie wypada...

No co, tkwi facet w tym biznesie od lat, to zna statystyki.

Po regularnej lekturze kiedys już wspomnianych forów ślubnych ogromna liczba rozwodów przestała byc dla mnie zagadką.

"Minął 10 miesiąc, teraz leci 9, a za 9 miesięcy narodzi się małżeństwo".

"Kto wam oplaca wesele? Ojciec obiecał, że wszystko sfinansuje, powiedział, że muszę mieć wszystko najlepsze, a teraz mówi, że mamy sami za wszystko płacić, bo brat cioteczny sam zaplacił za swoje wesele. Jestem załamana".

"Czy wypada jechać bryczką w mundurze wojskowym? przyszła teściowa przekonywała mnie dziś że nie.. i powiedziała żebyśmy wybierali- albo bryczka w normalnym garniturze, albo limuzyna w mundurze.. nie wiem dlaczego nie wypada.. powiedziała jeszcze że wszyscy bedą się z nas śmiali...".

Po czymś takim zetknięcie się z dorosłością rzeczywiście może mieć nieprzewidziane konsekwencje.

Chociaż, nie powiem, myśli o weselu zmiękczają mózg. Był okres, że nie interesowało mnie nic oprócz tych przygotowań. Ślub nie tak szybko – dopiero w maju, ale koniuktura nakręca tempo. Zarezerwowaliśmy juz salę, zespół, fotografa. Teraz te wszystkie sprawy lekko mi się znudziły, czasu jeszcze naprawdę wbród, więc przestałam się ekscytować. Ale w końcu listopada idę na pierwsze spotkanie z krawcem, więc zacznie się od nowa.

Życie rodzinne w rozkwicie. Wiem, że 3 miesiące to jest nic, ale jakoś może dotrwamy te 100 lat do wspólnego zgonu.

Wiszą nade mną niedokończone sprawy, zwłaszcza jedna -  nasz wspólny z R. projekt, który jestem pewna, że wypali. Trzeba tylko dopiąć wszystko na ostatni guzik, ale to też wymaga pracy i czasu, którego wciąż nie jestem w stanie poświęcić.

 

Chciałabym więcej pisać na blogu, a nie pojawiać się tu sporadycznie co dwa miesiące, żeby złożyć sprawozdanie. Blog w obecnej formie raczej nie ma racji bytu. Muszę to zmienić, albo z moimi miłymi blogowymi znajomymi przejdziemy na kontakt mailowy.

12:39, pabaisa
Link Komentarze (10) »
środa, 22 sierpnia 2007
Aktualności

Jestem, jestem (świnią). Co z moimi umiejętnościami organizacji czasu, jeśli nawet nie stać mnie na systematyczne zamieszczanie notek na blogu.

Mam kilka wiadomości, na razie wszystkich nie zdradzę.

Wynajęliśmy z R. przestronne, wypasione, przytulne, jasne mieszkanie. Pierwszy nasz własny kąt. Bo dotychczas, choć i podróże, i zakupy, i rozrywka i nuda, i wieczory oraz poranki często bywały wspólne, to i tak te parę dni w tygodniu spędzaliśmy osobno, każde pod swoim dachem. Szczoteczki do zębów nie stały obok siebie, nie było wspólnych rachunków i nie zapraszaliśmy kolegów „do siebie“ w gości.

Aż do początku sierpnia. Od prawie trzech tygodni jestem panią domu (ko-ko) i teraz moja główna pasja to przepisy kulinarne oraz sposoby na czyszczenie kafelków.

Realia bytowe okazały się nie być tak straszne, jak je sobie wyobrażałam. Mimo, że nie jesteśmy już od dawna parą wyłącznie randkowo-romantyczną i widziałam R. we wszystkich chyba możliwych sytuacjach życiowych, a już w tych codziennych na pewno, miałam jakieś stereotypowe przeświadczenie,  że po zamieszkaniu razem to dopiero demony wylazą. Tyle się nasłuchałam, naczytalam i napatrzyłam na własne oczy o tak zwanym „docieraniu się“. Docieranie się było kiedyś, teraz jest sielanka. Może trzy tygodnie to za mało na pojawienie się problemów, ale rzeczywiście ich nie ma. Nie irytujemy się, nie kłócimy, nie spieramy, nie nudzimy się. Czuję, jakby wszystko stało się w najbardziej odpowiednim czasie, że tak musiało być, że właśnie tu i teraz jest nasze miejsce.

Z obserwacji znajomych par wnioskuję, że mam w domu skarb. R. pomaga mi gotować, zmywa, wynosi śmieci, nastawia pranie, sprzątamy razem. W dodatku nie rozrzuca skarpet, nie sika na deskę i nawet niewiele czasu spędza przylepiony do komputera. Dużo rozmawiamy, śmiejemy się, przytulamy, jest dobrze, ciepło, lekko.

Kości zostały rzucone, wybraliśmy datę ślubu, której póki co nie zdradzamy nawet rodzicom. Teraz oprócz stron kulinarnych moją ulubioną lekturą są strony o ślubach. A tam – falbanki, gołąbki, szampanówki dla państwa młodych przewiązane różową wstążeczką, zaproszenia w kwiatki na tłoczonym papierze z ornamentem złotych obrączek...Na zdjęciach z wesel panny żony występują w sukniach - tortach, a panowie mężowie w pozłacanych frakach! Jak to jest – żyje sobie taki chłopak, chodzi w dżinsach, pije piwo i ogląda piłkę nożną, ale w skrytości ducha marzy, że nadejdzie taki dzień, kiedy będzie mógł się oblec w złoty frak?

Nie chcemy skromnej uroczystości, lubimy imprezy, lubimy się bawić i lubimy swoje rodziny i przyjaciół,  zamierzamy wyprawić wesele. Ale nie chcemy wariować z tego powodu, emocjonować się wstążeczkami na kieliszkach (w ogóle nie chcemy wstążeczek na kieliszki!), ani udawać kogo innego niż jesteśmy. Przecież to chyba wcale nietrudne, nie przekroczyć granicy kiczu i nie poddać się tej słodko-histerycznej euforii weselnej? A ta osławiona na forach ślubnych nerwówka organizacyjna? Pchi, niedawno w pracy musiałam w ciągu dwóch dni załatwić 50 (słownie: pięćdziesiąt)  sal konferencyjnych dla pewnego projektu, co to miał z triumfem przetoczyć się po całej Litwie, nie pomijając żadnego zadupia, i jeśli w miasteczku, które ma 5 tys. mieszkańców, zorganizowałam salę na 200 osób, to poradzę sobie ze znalezieniem każdego lokalu i każdego rodzaju usług.

A w weekend jedziemy na lokalny festiwal muzyczny, w menu m. in. Morcheeba, Bloodhound Gang, Myslovitz, parę bardzo dobrych grup litewskich, no i wiele wiele pomniejszych, ale jakościowych zespołów zagranicznych. A wszystko w pięknych okolicznościach przyrody i architektury, bo w pobliżu starego zamku w Norwiliszkach. Dwa dni w namiocie ostatnio spędziłam ponad rok temu, ale co tam, dobrze mi zrobi oderwanie się od cywilizacji.

11:23, pabaisa
Link Komentarze (22) »
środa, 25 lipca 2007
Wilk rzeczny

Jak się przez dłuższy czas zaniedbuje bloga, potem chciałoby się wiele napisać, ale o wszystkim nie da rady. Więc znowu o niczym.

W poniedziałek byliśmy na jednodniowym spływie kajakowym. Piękną litewską rzeką Ūla. Prąd wolny, ale dużo zakrętów, dużo przeszkód, miejscami głębokość wynosi może z pół metra, a gdzie niegdzie pewnie ze 2,5.

Pierwsza moja znajomość z tą rzeczką odbyła się dwa lata temu. Po tygodniu obfitych deszczów rzeka wtedy wylała, była o wiele głębsza i szybsza niż zazwyczaj. Gdzieś w połowie spływu z R. wyrżnęliśmy w zwisający konar, kajak się przechylił, nabrał wody i chlup. Nie umiem pływać, ale miałam kamizelkę ratunkową, więc jakoś tam trzymając się wywróconego kajaka dryfowałam. R. wyłapał jeszcze pogubione wiosła, nurkując. Chociaż rzeka jest wąska, szybki prąd nie pozwalał nam podpłynąć do brzegu. Niosło nas może 150 metrów, aż w końcu namacaliśmy dno pod nogami i jakoś wyleźliśmy z całym dobytkiem.

Jak się okazało, trauma powypadkowa nie minęła. Wiedziałam, że będę się bać, ale zdroworozsądkowo rozumiałam, że tym razem rzeka nie jest niebezpieczna, więc chciałam spróbować. Tym niemniej na wodzie zamieniałam się w potwora. Współtowarzyszy nazywałam debilami, jeśli tylko zbliżali się do naszego kajaka, bo wydawało mi się, że to nieuchronnie doprowadzi do wywrócenia. Ciągle darłam się na R., że nie potrafi wiosłować (chociaż to on sterował kajakiem, ja tylko trochę pomagałam). Jak już minęliśmy niebezpieczny odcinek, przepraszałam za swoje zachowanie, żeby przy następnej przeszkodzie znów zgłaszać pretensje. Mimo to radziliśmy sobie bardzo dobrze, bo wbrew pozorom, chociaż trajkotałam jak pieprznięta jędza, w poważnych sytuacjach zamykałam się i robiłam, co trzeba. W końcu po dwóch piwkach wyluzowałam się i zaczęłam wreszcie podziwiać widoki.

Teraz trochę mi wstyd, a trochę jestem z siebie dumna. Pokonałam swój strach przed wodą, przed wywróceniem się. Gdyby kogoś, kto ma lęk wysokości, na 7 godzin postawić na dachu wieżowca, ten ktoś nie byłby zapewne w tym czasie wzorem opanowania i dobrych manier.


20:00, pabaisa
Link Komentarze (7) »
wtorek, 19 czerwca 2007
Przypadek buraka
Nie znoszę uczucia bezsilnej złości, ale bardzo łatwo się mu poddaję. Nie potrafię się uodpornić i być ponad to. Najlepiej byłoby po prostu zignorować, a we mnie się krew gotuje, tętno skacze, i wręcz pięści zaciskają. Nie zawsze zdążę sobie powtórzyć, że jestem kwiatem lotosu...

Ostatnio ledwo powtrzymałam się przed awanturą w sklepie, ale i tak trochę się powykłócałam. Przed pójściem do kina wpadliśmy z R. po winko na wieczór. Supermarket, kolejka do kasy, przed nami tłusta obleśna baba z wózkiem po brzegi wyładowanym i mężem z piwnym brzuchem. W miarę zbliżania się do kasy, babsko mówi do małżonka:
- Idź, zawołaj Stasia, jeśli go jeszcze nie obsłużyli, bo nasza kolejka już dochodzi.
Mężusio zniknął, a po chwili zjawił się ze Stasiem, ciągnącym taki sam pełniutki wózek. Zaczęli wpychać się przede mnie do kolejki, oznajmiając, że oni tu stali.
- Pan tu stał, a kolegę zawołał przed chwilą - mówię. - Natomiast inni ludzie czekają już dawno i kolejka obowiązuje wszystkich.
Jednak panów to nie wzruszyło, bełkocząc coś o braku czasu wpychali swój wózek niemal na siłę, jednocześnie lekko mnie popychając, żebym ustąpiła im miejsca. Wtrącił się R., ale spokojne uwagi nie robiły na nich wrażenia, no a na coś więcej nie mogliśmy sobie pozwolić. W końcu wyzwałam facetów od chamów i miernot, a i tak sobie zostaliśmy stać w kolejce za dziarskimi koleżkami.

Jak się zachować w takiej sytuacji? Przyzwoitość nie pozwala na zrobienie awantury, zresztą ktoś, kto pozwala sobie na wpierdolenie się z pełnym wózkiem w środek kolejki, nie przejmie się awanturą. Ignorować i utrwalać w takich burakach przekonanie, że wolno im wszystko? Byli to dorośli ludzie, w dodatku z bachorem, który z pewnością zapamięta, jak to rezolutnie tatuś poradził sobie w sklepie.
Nie wiem. Nie mogę się nadziwić, że są tacy ludzie.
22:10, pabaisa
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9